20

Pamiętam, kiedy po rozpoczęciu studiów marzyłem o tym, żeby mieć jakiś samochód. Jakieś małe autko, kilkunastoletnie Cinquecento, cokolwiek. Byleby nie stać w błocie i śniegu po kostki, wśród ludzi, których było trzykrotnie więcej niż miejsc w najbliższym busie. Ależ to musi być luksus – mieć własne autko.

Pamiętam, jakim rarytasem była dla mnie oryginalna Coca-Cola. Na co dzień musiały mi wystarczyć jakieś napoje z marketu. A wyjście do chińskiej restauracji? Kurczę, to było coś. Większość wolnych środków wydawałem na kino, książki i wyjazdy w góry. Więc na takie fanaberie jak jedzenie „na mieście” pieniędzy nigdy nie było wiele. A bywały i takie dni, kiedy na śniadanie, obiad i kolację był chleb z cebulą i majonezem.

Minęły lata…

Coca-Colę piję hektolitrami. Serio. Potrzebny mi odwyk. Latte z Costy za 3 funty (18 złotych) – cóż to jest, jakieś drobne monety.

Jedzenie na mieście? W lipcu 2015, kiedy rozpocząłem spisywanie wydatków, w restauracjach byłem 40 razy. W ciągu jednego miesiąca. Nie używałem kuchni ani lodówki przez cały miesiąc. Ani razu.

Przed domem jeszcze do niedawna stało luksusowe Audi A6 w limitowanej, ekskluzywnej wersji wyposażenia – specjalna, jasna, kremowa, skórzana tapicerka, cały panel przeróżnych bajerów którymi przez pierwsze dwa dni bawiłem się, zamiast jeździć. Po kilku tygodniach wszystko spowszedniało – to tylko samochód, jak każdy inny.

Wyjazd w góry? Żaden problem, gdzie ja tylko zostawiłem tę kartę kredytową? Lakes czy Szkocja? Jedziemy…

Coś jest tu mocno nie tak…

Pierwsza myśl, że coś jest w tym wszystkim bardzo nie w porządku, nadeszła w momencie w którym byłem… w komisie samochodowym.

Serio. Miałem moment w życiu, w którym koniecznie potrzebowałem lepszego auta. Zrobiłem kilka większych projektów informatycznych, do tego pensja z etatu, do tego miłe banki które powiększyły mi limity na kartach kredytowych – wszystko super, prawda?

Moją obsesją stał się Jaguar XF. Uważałem, że jako polski imigrant w Anglii, który dorabia w IT, wręcz powinienem podjeżdżać do Klientów Jaguarem.

Nie wspominając już o mojej podstawowej pracy w fabryce. Jaguar XF na parkingu – ależ by tych Anglików skręcało, zobaczcie jak sobie radzi i czym jeździ Polak w waszym własnym kraju.

Zimny prysznic nastąpił, kiedy postanowiłem zmienić auto i wszystko było załatwione (kredyt oczywiście na firmę) a ja rozpocząłem dodatkowe działania – ubezpieczenie, podatek drogowy. Zacząłem to liczyć. Jakoś drogo to wszystko. Może jednak mnie nie stać?

Ależ ja byłem, kuźwa, bezdennie głupi…

Wystarczyło kilka tygodni na blogach finansowych, kilka książek (Marcin Iwuć – Jak Zadbać o Własne Finanse) i już wiedziałem, co było ze mną nie tak.

Inflacja stylu życia.

Teraz jestem o wiele, naprawdę o wiele mądrzejszy. Wiem już dobrze, że to co mi się przytrafiło, ma swoją nazwę.

Inflacja stylu życia. Coca-Cola, która na studiach była rarytasem, stała się taką oczywistością jak woda z kranu. Mniejszego auta niż klasa wyższa średnia kupować nie ma sensu – w końcu należy mi się odrobina wygody za moją ciężką pracę. I tak dalej…

Prawdziwy problem.

Prawdziwy problem zaczyna się wówczas, kiedy ta inflacja stylu życia zwiększa się szybciej niż nasze dochody.

Wówczas z pomocą spieszą te wspaniałe, charytatywne instytucje, wyspecjalizowane w niesieniu nam pomocy i obdarowywaniu nas prezentami.

Banki.

Bo przecież te wszystkie karty kredytowe, debety, kredyty odnawialne, łatwe pożyczki zdobywane kilkoma kliknięciami myszy – to wszystko dla nas, prawda? Dla naszego dobra!

Taaak…

Radykalne zmiany.

Nie będę sie rozpisywał. Radykalnie zmieniam swoje życie.

Wybieram minimalizm.

Rzeczy nie przyniosły mi szczęścia.

Patrzę na wszystkie graty, konsolę, smartwatcha, tablety, smartphone, laptopa, komputer, dwa monitory, stary phablet, kilka tysięcy filmów na dvd i blu-ray – i nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnego miłego wspomnienia związanego z rzeczami.

To przeżycia przynoszą mi szczęście.

Za to wszystkie najlepsze wspomnienia w życiu, jakie tylko mam, to wspomnienia najprostszych przeżyć.

Grill z rodziną, kiedy złapał nas deszcz i wszyscy uciekli do samochodów, a ja ratowałem wszystkim jedzenie stojąc nad grillem z parasolem w ręku.

Spacer nad wodospadami w Yorkshire, kiedy wpadłem do wody i pociągnąłem przez przypadek za sobą moją dziewczynę.

Ugryzienie przez wiewiórkę w Edynburgu.

Ugryzienie przez wiewiórkę w Edynburgu rok później. W tym samym miejscu, przy ławce w parku tuż obok Scott Monument.

(W Anglii i Szkocji są takie szare wiewiórki. Kiedyś powiedziałem głośno, że polskie wiewiórki są rude i piękne w porównaniu do tych szarych i któraś musiała to usłyszeć, bo ciąglę mnie gryzą wiewiórki. Ugryzły mnie też w Chester, w Yorku i w Londynie.)

Żeglowanie po Windermere.

Pierwszy lot paralotnią.

Wspinanie się na Rysy.

Pierwsze loty za sterami samolotu. Samodzielne lądowanie na międzynarodowym lotnisku.

Zagubienie się w Wiedniu i panika, kiedy zostało mi mało czasu do godziny powrotu, a ja kompletnie nie wiedziałem gdzie jestem.

Pierwsza wizyta w Londynie i, zamiast zwiedzania polecanych miejsc, kilkunastogodzinne łażenie po mieście. Tak po prostu.

Próby dogadania się z ludźmi z całego świata w Brukseli.

Wpadnięcie pod rower w Amsterdamie i radość, że przeżyłem (rowerzyści w Amsterdamie to zawodowi zabójcy).

Dni spędzone w Walii na zboczu góry, żeby oglądać ćwiczenia myśliwców NATO w walkach na niskim pułapie, w dolinach Mach Loop.

Kilkugodzinny spacer po klifach w Kornwalii.

Pierwszy pobyt we Francji i posmakowanie niespiesznego, francuskiego stylu życia.

Mnóstwo tych wspomnień. I nigdy ich nie zapomnę – a jakiego telefonu używałem 3 lata temu, już nawet nie pamiętam.

Do szczęścia potrzeba tak strasznie mało.

Długo musiałem czekać na olśnienie, że szczęście w życiu nie leży w posiadanych rzeczach.

Ale w końcu lepiej późno, niż wcale.

Mnóstwo ludzi wciąż sądzi, że najważniejszą rzeczą na świecie jest posiadanie Ferrari.

Cóż, jeździłem Ferrari. Wystarczyło 130 funtów (780 złotych). I o ile na torze jest to wspaniała zabawa, o tyle próby jeżdżenia czymś takim po mieście to po prostu bezsens.

Mniej.

Na koniec, fragment jednego z pierwszych tekstów „na brudno”, który w tej chwili mieścił się będzie na stronie O mnie.

  • Mniej rzeczy wokół mnie, ale za to takich które lubię i są mi potrzebne.
  • Mniej ludzi wokół mnie, ale za to takich, których kocham i którzy kochają mnie.
  • Mniej jedzenia na stole, ale za to takiego które jest pyszne i zdrowe.
  • Mniej pracy, ale za to wykonywanej całym sercem i takiej która daje satysfakcję.
  • Mniej wydatków, ale za to więcej pieniędzy – moich własnych, uczciwie zarobionych i mądrze wydawanych.
  • Mniej zainteresowań, ale za to takich które są moje własne i które dają mi prawdziwą radość.

Mniej.

A Ty? Czym dla Ciebie są rzeczy? Czym jest minimalizm?