30

Jak w praktyce wygląda sytuacja w kraju, w którym wolność działalności pożyczkowej jest totalna? Mówiąc wprost – brak ustawy antylichwiarskiej, praktycznie brak zasad dotyczących pożyczania pieniędzy również biednym ludziom, możliwość bezkarnego wpędzania ludzi w spiralę długów – czyli taki totalny Dziki Zachód w wersji z mokrego snu Korwina-Mikke.

Przygotowując się do pisania tego artykułu wykonałem osobisty research na miejscu tu w Anglii – udałem się do kilku sklepów tygodniowych wyspecjalizowanych w sprzedaży produktów w systemie rat tygodniowych biednym ludziom oraz kilku firm pożyczkowych, oferujących pożyczki na kilka do kilkunastu tysięcy procent, będące wręcz systemowym biznesem wpędzania ludzi w spiralę długów.

Kiedy dotarłem do forów dla zadłużonych ludzi, tu w Anglii, kiedy czytałem szokujące wpisy na temat zasad działania tych firm – musiałem przestać. Nie byłem w stanie dokończyć mojego researchu do tego artykułu. Po prostu nie byłem w stanie przyjąć na siebie takiej ilości opisanych ludzkich problemów.

Propozycja dla mnie.

Jestem robotnikiem i idę na zakupy.

Do jednego ze sklepów tygodniowych wybrałem się zaraz po pracy, w ubraniu roboczym. Wcześniej przeczytałem, że właśnie robotnicy i generalnie ludzie niezbyt majętni stanowią większość klientów tych sklepów. Później z forów internetowych dowiedziałem się, że niekoniecznie. Że nawet świetnie zarabiający i wykształceni ludzie potrafią zawierać kretyńskie umowy.

Czym jest sklep tygodniowy?

Sklep tygodniowy w Anglii to sklep, w którym ceny towarów są wyeksponowane w postaci niskiej raty. Naprawdę niskiej. Dla przykładu, rata za konsolę Xbox One wynosi od 15 do 20 funtów, czyli w przeliczeniu 90-120 złotych. Ja w tej chwili pracuję jako robotnik i zarabiam pensję w wysokości około 330 funtów brutto, czyli około 2 tysięcy złotych. Oczywiście tygodniowo – robotnicy w Anglii dostają Wage – czyli pensję tygodniową, w odróżnieniu od Salary – czyli pensji miesięcznej.

Kupujemy konsolę Xbox One.

Oczywiście natychmiast zainteresował się mną sprzedawca. Grałem zainteresowanego. Poważnie zainteresowanego zakupem konsoli dla syna na święta. Opisuję poniżej, jaką dostałem ofertę.

Muszę przyznać, że sprzedawca był profesjonalnie przygotowany. Prowadził naprawdę ostrą sprzedaż, dokładnie opisując moje wspaniałe korzyści jakie osiągnę już za chwilę, dodatkowe ubezpieczenia i zabezpieczenia dla mojego dobra. Prawie machnąłem kartą, żeby mieć wreszcie spokój i nową zabawkę. Dobrze, że prowadzę bloga o finansach i jednak tego nie zrobiłem…

Jakie szanse ma „prawdziwy” potencjalny klient? Żadnych!

30a

Oferta wygląda naprawdę fajnie, prawda? Przy mojej tygodniówce rzędu 330 funtów – co to jest 35 funtów. Nie wspominając już o samej konsoli – tylko 15 funtów. Przecież to jest nic.

Nic? Policzmy dokładnie!

Po powrocie do domu zasiadłem do kalkulatora. Poniżej macie wyliczenie całkowite kosztów zakupu konsoli Xbox One oraz telewizora 55″ Sony Smart TV w funtach oraz w przeliczeniu na złotówki.

30b

Tłumy w sklepach.

Oczywiście nie muszę wspominać, że w sklepach w Anglii, podobnie jak w sklepach w Polsce, są po prostu tłumy teraz przed świętami?

W sklepie w którym ja byłem było jeszcze kilkanaście osób, w tym kilka kupowało.

A naprawdę najgorsze jest to, że w tego typu sklepach coraz częściej można spotkać również Polaków. Mieszkamy tu w Anglii już długo, mamy więc zdolność kredytową i stałe adresy – czyli wszystko co jest potrzebne żeby zacząć korzystać ze świata długów i pożyczek.

Moje poglądy gospodarcze

Ekonomia, głupcze!

Na samym początku muszę wyjaśnić pewną rzecz. Mam konserwatywne poglądy w kwestiach światopoglądowych oraz liberalne, wolnościowe poglądy w kwestiach ekonomicznych. Jestem za niskimi, łatwymi podatkami możliwie pozbawionymi ulg, przejrzystym i prostym prawem, minimalną ilością biurokracji i jak największą swobodą działania małych i dużych firm oraz pomaganiem osobom, które tej pomocy rzeczywiście potrzebują – i to na zasadzie dawania wędki zamiast ryby.

Są jednak granice.

Ale te wszystkie „wolności” muszą mieć również swoje granice. Nie chciałbym żyć w świecie bez żadnych zasad…

Nauka w dziedzinach społecznych bardzo się rozwija. Ale niezupełnie we właściwą stronę, niezupełnie tak, aby ludzkość mogła korzystać z tych wyników dla własnego dobra.

Olbrzymie nakłady są przeznaczane nie na tę część badań, które odpowiedzą na pytania jak być szczęśliwym człowiekiem, jak udoskonalać więzi z innymi ludźmi czy polepszać nasze życie tu na ziemi.

Zamiast tego miliardy przeznacza się na badania nad marketingiem, nad sposobami przekonywania ludzkości, że szczęśliwe życie to obkupienie się tonami niepotrzebnego badziewia, a kiedy się okazuje, że po kilku chwilach przelotnego szczęścia nic nie zostaje – przekonaniem że właśnie wyszła „nowa wersja” która już na pewno przyniesie Ci szczęście. I którą już na pewno, po prostu musisz mieć. Bo inni mają, i zobacz jak się uśmiechają ze szczęścia, tu na tej reklamie!

A to wszystko najlepiej oczywiście na kredyt.

Ludzkość bez szans.

Czy ludzie mają jakiekolwiek szanse z tym agresywnym marketingiem?

Czy zwykli, przeciętni ludzie są w stanie obronić się przed gąszczem produktów i usług zaprojektowanych tak, aby z założenia wprowadzać zamieszanie?

Moim zdaniem, odpowiedź brzmi: NIE.

Kredyty we frankach.

Popatrzmy na kredyty frankowe. Po latach spłacania kredytu okazuje się, że kwota pozostała do spłaty zamiast się zmniejszać, gwałtownie się zwiększyła. Po latach okazuje się, że wszystkie te kredyty były „wirtualne” – banki żadnych franków nie kupowały.

Moje pytanie brzmi – kto brał te kredyty? Ludzie, którzy nie mają pojęcia o finansach? No, niezupełnie… Bardzo często były to osoby majętne, wykształcone, czasami wręcz… dziennikarze finansowi czy pracownicy banków i instytucji finansowych.

Prawnicy i specjaliści, którzy mają jeden cel.

Skoro więc TACY LUDZIE nie są w stanie obronić się przed podejmowaniem złych decyzji, to co dopiero mówić o robotniku z rozlewni gazu, który w wieku 16 lat po prostu zaczął harować. Jakie szanse ma ten człowiek skonfrontowany z umową napisaną druczkiem o wysokości 4 milimetrów, skomponowaną na kilkunastu stronach tak, aby z założenia nie była zrozumiała dla nikogo?

Jakie szanse ma ten człowiek, nawet wspomagany przez przeróżne pozarządowe stowarzyszenia czy rządowych urzędników, zarabiających średnią krajową, z umowami przygotowanymi przez prawników zarabiających miliony?

Prawników, których jedynym celem działalności jest wprowadzanie zamieszania? Wprowadzanie takich umów na rynek, które będą coraz bardziej niezrozumiałe? Tworzenia gąszczu prawnego, w którym nikt nie jest w stanie poprawnie funkcjonować, nawet najlepiej wykształceni i wyedukowani ludzie?

Skoro pracownik banku czy dziennikarz finansowy daje się wkopać w swoim prywatnym życiu w umowę, która zawiera niekorzystne dla niego zapisy – to co dopiero mówić o robotniku czy sprzątaczce?

Dla kogo jest świat, który stworzyliśmy?

Jeszcze dokończę ten temat.

O sklepach tygodniowych jeszcze napiszę. Ilość sztuczek marketingowych, jakie stosują tego typu firmy – mogłaby wystarczyć na napisanie naprawdę grubej książki o marketingu.

Wymyślanie własnych marek produktów, ukrywanie informacji, techniki sprzedażowe na pograniczu agresji, techniki windykacji i wpędzania ludzi w dodatkowe koszty – nie jestem w stanie teraz tego ciągnąć. Wrócę do tematu, kiedy ochłonę.

Trzymajcie się z daleka od długów konsumpcyjnych!

Kredyt inwestycyjny, solidnie zabezpieczony spółką – okay. Mądry kredyt hipoteczny na który nas stać – okay. Każdy inny kredyt – trzymajcie się z daleka.

I to jest moje życzenie dla Was wszystkich na ten przedświąteczny czas!

 

A Ty? Co o tym sądzisz? Czy ustawa antylichwiarska byłaby lepszym rozwiązaniem?